Liczebność ludzkiej populacji bezustannie rośnie i na każdego z nas przypada coraz mniej wody, także z powodu większego niż dawniej zużycia przez statystycznego człowieka. Wbrew pozorom problem jej niedoboru dotyczy także Polski. Traktujemy ją jednak jak dobro całkowicie odnawialne.Liczebność ludzkiej populacji bezustannie rośnie i na każdego z nas przypada coraz mniej wody, także z powodu większego niż dawniej zużycia przez statystycznego człowieka.

butelka z wodąFot. Pixabay.com

Wbrew pozorom problem jej niedoboru dotyczy także Polski. Traktujemy ją jednak jak dobro całkowicie odnawialne.
Zgodnie z uniwersalnym prawem zachowania masy, w ogólnym rozrachunku wody na Ziemi ani nie przybywa, ani nie ubywa, lecz po spotkaniu z człowiekiem duża jej część ma już niestety wyłącznie wartość ścieku. A ludzi jest coraz więcej. Jeszcze w połowie XX w. żyło ich na Ziemi około 2,5 mld. Dziś jest nas już ponad 7 mld. W XX wieku liczba ludności świata wzrosła trzykrotnie, a ilość zużywanej przez nas słodkiej wody sześciokrotnie. Mimo nieznośnego już zagęszczenia tempo przyrostu naturalnego nie zwalnia, a najwyższe jest akurat tam, gdzie wody brakuje najbardziej.

Woda to żywność

Większa liczba ludności Ziemi oznacza też większe zapotrzebowanie na żywność. W dodatku, większość narodów żyjących jeszcze do niedawna w nędzy ucieka coraz szybciej od biedy, a to oznacza, że ludzie z umownego Południa coraz częściej sięgają po mięso zamiast podpłomyka. Tymczasem do wyprodukowania 1 kg wołowiny trzeba cztery razy więcej wody niż 1 kg kurczaka, a szklanka soku pomarańczowego wymaga prawie pięć razy więcej wody niż szklanka herbaty. Bogatym potrzeba więcej wody niż biednym…
Zielona rewolucja lat 60. i 70. XX w. sprawiła, że chleb lub ów podpłomyk jest już dziś dostępny niemal dla każdego. To efekt starań badaczy pracujących pod kierunkiem Normana Borlauga. Ocenia się, że wyhodowane przez niego plenniejsze i odporniejsze odmiany zbóż uchroniły przed śmiercią głodową około 1 mld ludzi. Zielona rewolucja wymagała i wymaga jednak olbrzymich ilości wody.

W deszczowej Brytanii na cele rolne przeznaczanych jest zaledwie 3 proc. wody, ale W USA, z powodu konieczności nawadniania pól, udział rolnictwa w zużyciu wody wynosi około 40 proc. W Chinach wskaźnik ten rośnie do 70 proc., a w Indiach do 90 proc.. Z grubsza rzecz biorąc, w skali globalnej na cele rolnicze idzie jakieś 70 proc. wody, do celów przemysłowych używa się około 20 proc., a 10 proc. to tzw. zużycie miejskie (w tym głównie sanitarne). Tu warto zauważyć, że dla około 2,5 mld ludzi (ponad 35 proc. populacji) szczytem luksusu jest budka z drewna, a dla połowy z tej liczby nawet sławojka to niespełnione marzenie.
Stale mieć trzeba przy tym na uwadze ogromne zróżnicowanie wynikające z lokalnej dostępności wody oraz stopnia rozwoju gospodarczego. W państwach rozwiniętych 60 proc. całkowitego zużycia wody pochłania przemysł.

W garsonce lub garniturze czy w przepasce na biodrach, człowiek potrzebuje dziennie do przeżycia przynajmniej 2 l wody (najlepiej czystej) wypitej i zawartej w jedzeniu. Tu ujawnia się kolejna proporcja do zapamiętania: licząc od dzisiaj, przez następne 40 lat ludzkość będzie musiała wytworzyć dla siebie tyle żywności, ile udało się jej wyprodukować przez dotychczasowe 10 tys. lat myszkowania po Ziemi coraz liczniejszych stad homo sapiens. Kto nie dowierza, niech sam oszacuje – wystarczą dane z historycznych tabel ludnościowych (np. Angusa Maddisona), prognozy ludnościowe ONZ lub z jakiegokolwiek innego źródła, liczydło oraz założenie, że dziś jadamy więcej niż nasi przodkowie.

ocean kalifornia paradoks wartości czystej wodyFot. Pixabay.com

Zasób się nie odnowi

97 proc. zasobów wodnych planety to słone wody oceaniczne, a z około 3 proc. wody słodkiej większość ma postać lodu wokół biegunów lub jest uwięziona w wiecznej zmarzlinie obszarów północnej tundry. Ludzkość ma do swojej ewentualnej dyspozycji jakieś 0,75 proc. ogółu zasobów wody słodkiej, przy czym dobrze byłoby dzielić się nią jak najhojniej z resztą natury. Z tym jest jednak bardzo źle, bo wodę głównie marnujemy, traktując ją niczym zasób całkowicie odnawialny.

Korzystamy z tzw. wody zielonej i niebieskiej. Zielona to ta spadająca jako deszcz i śnieg, magazynowana w glebie, parująca i pobierana przez rośliny, zaś niebieska to woda w rzekach i zbiornikach (głównie podziemnych). Zielona jest podstawą życia ekosystemów lądowych oraz rolnictwa, natomiast niebieską zużywamy głównie na wszelkie inne cele, lecz po części także w uprawie roślin (irygacja) i hodowli zwierząt.
Na pierwszy rzut oka wody jest na Ziemi relatywnie sporo. Zmarły kilka lat temu prof. Igor Shiklomanov, laureat Międzynarodowej Nagrody Hydrologicznej, oszacował, że dostępnej wody niebieskiej jest na Ziemi 40 tys. km3. Na jednego człowieka przypada jej więc obecnie 5,7 tys. m3. Wykorzystujemy jednak corocznie całkiem duży ułamek całkowitych zasobów wody niebieskiej (dane za 1995 r.), bo około 3,8 tys. km3, z czego 2,1 tys. km3 podlega konsumpcji, a reszta jest z powrotem zrzucana do rzek i zbiorników, najczęściej w o wiele gorszej jakości. W znaczeniu hydrologicznym „konsumpcja” to straty w wyniku parowania i wiązania zużywanej wody w produktach lub organizmach, tak że nie można z niej korzystać.

Problemem nie jest (na razie) bezwzględna wielkość zasobów wody słodkiej, tylko ich nierównomierne rozmieszczenie. Wielkie są np. zasoby wody niebieskiej w niezamieszkałej (na szczęście) Amazonii oraz równie mało ludnych Kanadzie, na Alasce czy Syberii. Wodzie zielonej zdarza się bardzo często spadać w krótkotrwałej obfitości (np. monsuny), która staje się równocześnie przyczyną tragedii powodziowych.
Sugestywnym punktem odniesienia dla bardzo licznych dysproporcji w rozmieszczeniu zasobów i zużycia wody mogą być dane sprzed kilku lat: przeciętny Amerykanin zużywał w swym domu 215 m3 wody rocznie, natomiast zużycie domowe statystycznego mieszkańca Mali wynosiło 4 m3.
W pasie klimatu umiarkowanego wody na ogół jeszcze starcza, ale ze względu na intensywne wykorzystanie przemysłowe, rolnicze i sanitarne wraca ona do wód gruntowych oraz rzek i zbiorników w stanie mocno nadszarpniętej jakości, co oznacza, że woda czysta także w Polsce staje się rarytasem.

Futurologia versus praktyka

Ludzie umownego Zachodu nie przejmują się przeważnie perspektywą ostrego globalnego deficytu wody, ponieważ wierzą niezachwianie w postęp. Rozwiązanie problemu wydaje się oczywiste – wystarczy masowe odsalanie wód morskich dzięki darmowej energii słonecznej. Sceptyk zauważy w tym miejscu słusznie, że całkiem niedawno, bo pół wieku temu, widywał w prasie i futurologicznych książkach rysunki z ludźmi dolatujących do pracy swoimi osobistymi statkami powietrznymi… Rozsądek każe więc traktować pomysły masowego już „niebawem” odsalania na potrzeby miliardów ludzi w kategoriach fantasmagorii, a najwyżej tzw. strategii – przyjmowanych i chowanych na sam spód szuflady zaraz po ich hucznym ogłoszeniu.
Warto przyglądać się działaniom podjętym w Singapurze, uważanym przez speców za światowego arcymistrza w zarządzaniu wodą. Obszar 710 km2 zamieszkuje teraz 5,4 mln ludzi. Wyspa pozbawiona jest własnych zasobów wody i importuje ją z Malezji, zaspokajając w ten sposób około 30 proc. potrzeb. Singapur korzysta też z metody desalinacji wody morskiej, ale jest to tylko jedno z czterech głównych źródeł zaopatrzenia (zapewnia to około 10 proc. podaży ogółem). Poza importem i odsalaniem są jeszcze zbieranie deszczówki i przede wszystkim staranne oczyszczanie zużytej wody z zastosowaniem wszystkich dostępnych technologii. Po stronie popytowej zaś niezwykle istotne jest oszczędzanie.

W państwie-mieście działa w sektorze wodnym ponad 130 przedsiębiorstw i 26 placówek badawczo-naukowych. Zużycie wody per capita spadło tam ze 165 l w 2003 r. do 151 l dziennie w 2013 r. Taryfa opłat składa się z ceny i podatku na ochronę wody. Obie wielkości rosną po zużyciu przez gospodarstwo domowe 40 m3 miesięcznie, przy czym cena po przekroczeniu tego pułapu wzrasta o prawie 20 proc., a podatek z 30 do 45 proc., tj. o połowę.
Są też inne przykłady troski o wodę, ale to nie one nadają ton, niestety. W Chile, na granicy z Argentyną, trwała jeszcze 1,5 roku temu budowa dużej kopalni złota i srebra Pascua Lama. Do skarbów dobierali się Kanadyjczycy z firmy Barrick. Gra szła o wielką stawkę, bo koszt pozyskania uncji złota i srebra był tam w porównaniu z innymi (rentownymi) kopalniami śmiesznie mały. Prace jednak stanęły i stoją do dzisiaj, bo chilijski sąd nakazał ich wstrzymanie do czasu, aż przedsiębiorcy nie przedstawią gwarancji, że nie zanieczyszczą pobliskich strumieni i nie poczynią szkód w pobliskich lodowcach.

strumień Paradoks wartości czystej wodyFot. Pixabay.com

Utopieni w kulcie wzrostu

Świadomość najwyraźniej rośnie, ale nadal nazbyt wolno. Zajmująca się zmianami modeli biznesowych na przyjaźniejsze klimatowi i darom natury londyńska firma doradcza CDP wystosowała do 2,2 tys. firm na całym świecie ankietę w sprawie wody. Zareagowała zaledwie połowa. 2/3 respondentów uznało, że ryzyko związane z ograniczonym dostępem do wody może doprowadzić do istotnych zmian w ich przedsięwzięciach. Większość sądzi, że niebezpieczeństwa mogą się zmaterializować już w ciągu trzech nadchodzących lat. Nieliczne spółki podjęły jakieś kroki i starania. Koncern Diageo (producent m.in. Johnny’ego Walkera, Smirnoffa i Guinessa) twierdzi, że w ostatnim roku finansowym zmniejszył zużycie wody o 1 mln m sześc. Unilever (m.in. chemia gospodarcza) planuje zwiększenie rozmiarów produkcji, ale ma w 2020 r. zużyć tyle samo wody, co w roku 2008. I to już koniec przykładów. Nie z braku miejsca, tylko braku działań.
Polska ma mało wody i może liczyć wyłącznie na siebie, bo tylko 13 proc. jej zasobów formuje się poza naszym terytorium, a „eksportujemy” do sąsiadów ledwo kilka procent zasobów. Hydrolodzy z Uniwersytetu Łódzkiego podają: „Przeciętne zasoby wód powierzchniowych Polski wynoszą około 62 km3, przy czym w roku bardzo suchym mogą one być mniejsze od 40 km3, a w roku bardzo mokrym – większe od 90 km3. Trudniej odnawialne zasoby wód podziemnych szacowane są w Polsce na około 16 km3, przy czym około 1,8 km3 jest już eksploatowane. Na osobę przypada w naszym kraju 1580 m3 wody na rok. To trzy razy mniej niż średnia europejska i 4,5 razy mniej niż światowa. Warto przy tym podkreślić, iż wskaźnik dostępu do wody niższy od 1,5 tys. m3/rok/osobę uważany jest za bardzo mały i wywołuje poważne perturbacje w gospodarowaniu zasobami wodnymi”.

Mamy więc problem, od którego trudno uciec i którego rozwiązanie będzie drogie. Trzeba szybko działać. Gdyby np. niedawne plany niektórych samorządów nałożenia podatków od deszczówki spływającej z dachów do kanalizacji stały się elementem przemyślanej i uświadamianej Polakom strategii wodnej, a nie topornego fiskalizmu w obliczu braków w gminnej kasie, to nie wydawałby się już tak szalone i bezczelne.
Jeśli nie wystarczy ani argument, że wody wcale nie mamy w bród, ani że będzie coraz droższa, to na koniec jeszcze jedna refleksja z rodzaju tych bardzo zasadniczych. Świat uparł się marnotrawić na potęgę niemal wszystko, co dała nam natura. Samochody psujące się regularnie już po kilku latach od zakupu, sprzęty domowe wytrzymujące ledwo rok, dwa po upływie gwarancji, fatałaszki przeznaczone do parokrotnego zaledwie wciągnięcia na grzbiet, telefony wymieniane na nowy model co rok, półtora. Wszystko w imię wzrostu, dla wzrostu i wyścigu na ułamki procenta PKB. Tak jak Rzymianie albo Europejczycy przed I wojną światową nie widzimy, że nasz dotychczasowy świat się kończy.

Adam Smith opisał paradoks wartości (paradox of value) znany też dociekliwym jako paradoks diamentu i wody. Chociaż sami składamy się głównie z wody i nie wytrzymamy bez niej nawet kilkudziesięciu godzin, to jednak w normalnych, tzn. niepustynnych, okolicznościach za wiadro z wodą nie dostaniemy nawet złamanego grosza. Tymczasem za pozbawiony jakichkolwiek własności użytkowych brylant można kupić każde dobro tego świata. Smith tłumaczył ten paradoks wkładem pracy – zaczerpnięcie wody nie wymagało (zwłaszcza w Anglii jego czasów) niemal żadnego wysiłku, natomiast na znalezienie diamentu i jego mistrzowskie oszlifowanie potrzeba było nawet milionów godzin pracy. Paradoks dnia dzisiejszego polega na tym, że w poszukiwaniu diamentów używanych do próżnej ozdoby jesteśmy w stanie niszczyć wszystko, co stoi nam na drodze, w tym także ostatnie nieskalane źródło.


Jan Cipiur

 


Komentarze (0)

Rated 0 out of 5 based on 0 voters
Nie ma tu jeszcze żadnych komentarzy

Skomentuj

  1. Posting comment as a guest.
Rate this post:
Załączniki (0 / 2)
Udostępnij swoją lokalizację

PAMIĘTAJ, ŻE

Złote myśli 1 3

NA DOKŁADKĘ

Cały świat zajada się plastikiem
Cały świat zajada się plastikiem
Milion składa się z groszy – oszczędzanie też jest slow
Milion składa się z groszy – oszczędzanie też jest slow
Czy kariera przedsiębiorcy jest dla ciebie?
Czy kariera przedsiębiorcy jest dla ciebie?
21 udowodnionych korzyści z ruchu
21 udowodnionych korzyści z ruchu
Lampy z natury
Lampy z natury
Miodówka Zbyszka – recepta na jesienne wieczory
Miodówka Zbyszka – recepta na jesienne wieczory
Topinambur – kochaj albo rzuć
Topinambur – kochaj albo rzuć
Domowa wegeta na trzy sposoby
Domowa wegeta na trzy sposoby
previous arrow
next arrow
Slider